Aleksandra Kozłowska– pielęgniarka anestezjologiczna, Oddział Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku- Białej, absolwentka pielęgniarstwa na Wydziale Nauk o Zdrowiu Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku- Białej

Potencjalny kandydat na żywego dawcę nerki na swojej drodze napotyka na wielu pracowników ochrony zdrowia, w tym lekarzy, pielęgniarki, psychologów, koordynatorów. Wzajemne poznanie się tych osób jest bardzo ważne, gdyż służy budowaniu zaufania, tworzeniu odpowiedniej relacji terapeutycznej i wpływa na głębsze zaangażowanie w proces kwalifikacyjny.

Z kolei biorca nerki poddawany jest długotrwałemu leczeniu, co zawsze wiąże się u niego poczuciem dyskomfortu fizycznego i psychicznego. Stała zależność od leków i aparatury wzmaga u nich poczucie lęku. Taki pacjent ma prawo do holistycznej opieki nefrologicznej oraz do uzyskania profesjonalnego wsparcia emocjonalnego indywidualnie dostosowanego do swoich potrzeb. Idealnym byłoby, gdyby udzielali go doświadczeni psychologowie kliniczni. Jednak realia w tym zakresie są zupełnie inne, dlatego kładzie się nacisk na prawidłowe relacje z rodziną i osobami bliskimi, które nierzadko zastępują opiekę psychologa. Od dawna u pacjenta za równie istotne, jak ciało uważa się psychikę. Niedostrzeganie przez zespół terapeutyczny potrzeb sfery emocjonalnej może doprowadzić do wielu dolegliwości somatycznych, a nawet do śmierci. Doświadczenie pielęgniarskie wykazuje, że prawidłowe wsparcie emocjonalne jest niezbędne do osiągnięcia sukcesu terapeutycznego u pacjentów leczonych nerkozastępczo.

Niezmiernie ważną rolą spoczywającą na pielęgniarkach jest informowanie pacjentów leczonych nefrologicznie o możliwości skorzystania z wyprzedzającego przeszczepienia nerki, jako optymalnej metody leczenia. Dopiero kiedy jest to niemożliwe z różnych powodów, należy brać pod uwagę inne rodzaje leczenia nerkozastępczego. Informowanie tych chorych jest obowiązkiem zagwarantowanym przez polskie ustawodawstwo zawodowe dotyczące edukacji zdrowotnej pacjentów. Aktualne zalecenia stowarzyszeń i organizacji zajmujących się opieką nefrologiczną – EDTNA oraz ERCA podkreślają znaczenie możliwie wczesnej edukacji zdrowotnej pacjenta, która może ułatwić mu w przyszłości wybór odpowiedniej terapii nerkozastępczej. Pacjenci wskazują pielęgniarkę, jako osobę kompetentną do udzielania informacji dotyczących samego zabiegu. Edukacja ma wzmocnić poczucie pewności siebie u pacjenta, zwiększyć u niego świadomość z faktu, że każdy, nawet bolesny czy nieprzyjemny zabieg, na przykład cewnikowanie pęcherza moczowego lub zakładanie wkłucia dożylnego jest niezbędny dla całego, udanego procesu transplantacji. Ważna jest również współpraca pomiędzy wszystkimi członkami zespołu i określenie zakresu edukacji. Poszczególne informacje przekazywane pacjentowi powinny się wzajemnie uzupełniać, nigdy nie mogą sobie przeczyć i wykluczać się wzajemnie. Również nagły nadmiar informacji może pacjenta przytłoczyć i spotęgować jego lęk przed zabiegiem.

 Każdy pacjent przed operacją, a tym samym każdy chory przygotowywany do transplantacji czuje lęk i obawę. Zadaniem pielęgniarki jest przygotowanie chorego psychiczne i fizyczne do zabiegu z zapewnieniem mu poczucia bezpieczeństwa, informowanie o celu prowadzonych działań oraz udzielanie odpowiedzi na pytania chorego zgodnie ze swoimi kompetencjami. Takie postępowanie pielęgniarek połączone z profesjonalizmem i życzliwością wpływa na pacjentów uspokajająco.

We wczesnym okresie po przeszczepieniu nerki pielęgniarka sprawuje nad chorym opiekę w podobny sposób, jak na innych oddziałach zabiegowych, ale z uwzględnieniem specyfiki problemów występujących w tym czasie. Istotne jest, aby posiadała wiedzę o możliwych powikłaniach, potrafiła je bezzwłocznie identyfikować i włączyć odpowiednie postępowanie. Musi być wyczulona na zaburzenia w procesie ostrego odrzucania, zakrzepicę żyły nerkowej, krwawienie z zespolenia naczyniowego, wystąpienie przecieku moczowego oraz na inne i późniejsze powikłania. Celem opieki musi być ograniczenie ryzyka powikłań do minimum oraz przygotowanie pacjenta do samoopieki i samoobserwacji po przeszczepieniu .

Szczególną troską w transplantologii jest opieka nad chorym, który stracił przeszczepiony narząd, doszło do odrzucenia. Pacjent taki ma poczucie ogromnej straty, żalu, smutku. Pielęgniarka musi starać się pomóc mu ten stan przezwyciężyć oraz zwiększyć poczucie bezpieczeństwa. Jest to problem tym trudniejszy do rozwiązania, gdyż może być obecny i odczuwany nie tylko przez samego pacjenta, ale przez cały zespół medyczny, w tym pielęgniarki zajmujące się chorym.

Pielęgniarka jest członkiem zespołu, który z uwagi na charakter wykonywanych czynności ma niemal nieprzerwany kontakt z pacjentem, zarówno werbalny, jak i niewerbalny. Staje się osobą, z którą pacjent nawiązuje swoisty kontakt, więź terapeutyczną, dąży do dłuższej rozmowy z nią. Powinna ona umieć odpowiedzieć na zadawane jej trudne pytania dotyczące życia, przeszczepu, często śmierci. Pielęgniarka staje tym samym wobec wielu zadań – badania niepokoju i poziomu stresu, szeroko pojętej edukacji zdrowotnej, współpracy z rodziną i osobami z najbliższego otoczenia pacjenta.

W relacji między pacjentem, a pielęgniarką często największe znaczenie ma sama jej obecność, pacjenci cenią sobie sam fakt, że zostają wysłuchani. Okazywanie pacjentom empatii wpływa na ich zadowolenie z opieki pielęgniarskiej, a osiągnięcie prawidłowego kontaktu ułatwia komunikację i może potęgować pozytywne efekty realizowanych zadań terapeutycznych. Dobry kontakt pielęgniarki z pacjentem wpływa również pozytywnie na nią samą – zwiększa jej poziom satysfakcji z wykonywanych obowiązków.

IMG_9750 (1)

Tekst jest fragmentem pracy magisterskiej pt. ” Wiedza pielęgniarek oddziałów intensywnej terapii na temat transplantacji nerki od żywego dawcy”, autorstwa Pani mgr Aleksandry Kozłowskiej. Praca została napisana pod kierunkiem dr n. med. Grażyny Franek, na Wydziale Nauk o Zdrowiu w Akademii Techniczno-Humanistycznej w Bielsku Białej

Pani Ola w swojej pracy omawia także prawne aspekty cytując publikacje naukowe mojego autorstwa oraz treści publikowane na stronie prawowtransplantacji.pl.

Zapraszam do przesyłania  tekstów na email: kontakt@prawowtransplantacji.pl

Marta Kotomska: Tytuł magistra nie jest potrzebny każdej pielęgniarce

Aneta Sieradzka        14 lipca 2016        Komentarze (15)

Marta Kotomska – pielęgniarka z 30-letnim stażem, wykładowca w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym oraz pielęgniarka w Klinice Chirurgii Ogólnej i Transplantacyjnej Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus w Warszawie.

Głos warty uwagi, zapraszam do lektury.

Czy przywrócenie szkół pielęgniarskich tzw. Liceów Medycznych, po gimnazjach (lub po ośmioletniej szkole podstawowej) uzdrowi braki kadrowe w tym zawodzie?
W 1990 r. licea medyczne i pomaturalne studium pielęgniarskie w całym kraju kończyło 15 tys. osób. Po zlikwidowaniu średnich szkół medycznych jedynym sposobem, aby zostać pielęgniarką lub położną (wrzucono nas do jednego koszyka, ani jedna ani druga grupa nie jest z tego powodu szczęśliwa), są studia na akademiach medycznych lub w wyższych szkołach niepaństwowych.

Dla przykładu, obecnie: „W piątek, 3 lipca 2015 r., 135 absolwentów kierunku pielęgniarstwo Wydziału Nauki o Zdrowiu wzięło udział w ceremonii czepkowania, kończącej ich naukę na studiach licencjackich.” To na UM w Warszawie. Ile jest takich uczelni, państwowych i niepaństwowych? Wystarczy wziąć ich ilość, przemnożyć przez ilość absolwentów i wyjdzie nam liczba nowych pielęgniarek. Z pewnością nie jest to 15 tysięcy. Dodając do tego, że tylko 54% podejmuje pracę w zawodzie, mamy odpowiedź; z pewnością… pomoże uzdrowić. Ale nie wiem czy do końca tylko o to w tym chodzi.

Zawsze uważano, że zawód pielęgniarki, to zawód z powołania. Zawód tak, ale niekoniecznie wybór szkoły. Młody, ale dorosły już człowiek, który myśli nie tylko o swoim powołaniu, ideałach, ale także o karierze zawodowej, o zarobkach, o przyszłym życiu, rzadziej wybierze zawód tak zdyskredytowany. Jego wartość obniża chociażby wysokość zarobków. Taki młody człowiek, jeżeli wybiera studia pielęgniarskie (nie generalizuję, podaję zasłyszane przykłady), to dlatego że: nie dostał się na medycynę, na farmakologię, na stomatologię… Na prawdę nie często się zdarza, że młodzi ludzie wybierają ten kierunek z powołania. Wiem to, ponieważ prowadzę grupy studenckie i rozmawiam z młodzieżą.
Poza tym człowiek w wieku 18-19 lat jest dużo mniej „plastyczny” niż człowiek 15 letni. I także tu tkwi clou..

I teraz przechodząc do sedna. Do Liceum Medycznego (sama takie kończyłam) szło się po szkole podstawowej. Miało się te 15 lat, było się podatnym na wpływy, nie miało się zielonego pojęcia co się będzie robiło w życiu, żadnego bagażu i tylko mętny ogląd jak pracują te Panie w wykrochmalonych fartuchach. Ale… Przychodząc do szkoły, od pierwszego dnia miało się do czynienia z Pielęgniarkami. Dyrektorką szkoły była Pielęgniarka, jej zastępcą także, wychowawczynie były Pielęgniarkami. Tylko polonistka, matematyczka, fizyk, chemiczka, gość od historii i geografii nie byli Pielęgniarkami. W pierwszym roku była (znienawidzona przeze mnie) historia pielęgniarstwa i podstawy pielęgniarstwa, prowadzone przez Pielęgniarkę o klasie Florence Nightingale. Zawsze na lekcjach była w mundurku, zawsze w czepku. Wysoka, o manierach damy, nie znosząca kompromisów i głosząca maksymę, że „należy mieć wyraźne zasady moralne i nigdy od nich nie odstępować”. Dopiero teraz, po tylu latach rozumiem jak to mnie ukształtowało.

Było bardzo dużo przedmiotów zawodowych (że sięgnę do dyplomu). Pielęgniarstwa „wszelkiej maści”: ogólne, internistyczne, chirurgiczne, pediatryczne, położniczo-ginekologiczne, neuropsychiatryczne…, do tego oczywiście tzw. kliniki. Pielęgniarstwa prowadziły pielęgniarki, a kliniki lekarze. Tematyka była równoległa. Trzy razy w tygodniu miałyśmy tzw. pracownię pielęgniarską, na której oprócz iniekcji (zastrzyków), dysmurgii (bandażowania), ścielenia łóżek ;), opieki nad pacjentem, w szerokim tych słów rozumieniu,  uczyłyśmy się rozmawiać z chorym. Odgrywane były scenki, w których między innymi miałyśmy przekonać wystraszonego pacjenta do poddania się badaniom, leczeniu. Stawałyśmy w dwóch rolach. A poczuć się pacjentem bezcenne. Miałyśmy łacinę, może dość ubogą, ale wystarczającą, żeby odczytać na karcie gorączkowej jednostkę chorobową lub odróżnić w historii choroby stronę prawą od lewej, pisaną po łacinie.

Byłyśmy ze sobą w 28 – 30 osobowych klasach (klas było przynajmniej trzy) przez osiem godzin, pięć dni w tygodniu. Byłyśmy ze sobą i z nauczycielami zawodu. W szkole wisiały zdjęcia ikon pielęgniarstwa, na każdym kroku można było przeczytać jakąś mądrą maksymę (to chyba obecna reklama podprogowa), a nauczyciele wymagali od nas odpowiedniego zachowania, ubioru. Nikt nie był anonimowy. Nie mieszałyśmy się, tak jak na uczelni z innymi „specjalizacjami”.

I teraz praktyki. Nie mam pojęcia, przyznam, jak teraz wyglądają praktyki na oddziałach. Wiem, że na blok operacyjny przychodzą studenci na trzy dni, w grupach 7-8 osobowych, zainteresowani bardziej fascynującą chirurgią niż pracą pielęgniarki. Zdaniem studentów, u nas i tak jest dobrze, bo pozwala im się coś robić, wręcz zachęca się do współpracy. Są jednak takie placówki, że są przeganiani z kąta w kąt i sztandarowy tekst „dalej niż do kosza nie dochodzicie”.

A jak było za czasów Liceum Medycznego? Praktyki na bloku miałyśmy po dwie, przez dwa tygodnie. Miałyśmy swojego opiekuna, który miał nas wprowadzić w tajniki instrumentacji, ale też pracy przed i po zabiegach. Bo przecież praca instrumentariuszki, to nie tylko „umyć się” do zabiegu. Po dwóch tygodniach takich praktyk miałyśmy jakie takie pojęcie z czym to się je i czy blok to miejsce dla nas. A teraz, co ja przekażę tak dużej grupie przez trzy dni. Próbuję, oczywiście, że próbuję. Ale gdy operacje odbywają się na trzech salach jednocześnie, nie mogę być przy wszystkich. Mam fantastyczne koleżanki na bloku, do których rozdzielam chętnych studentów i te uczą ich zachowań przy stole operacyjnym. Oczywiście tych co chcą, bo część już z góry wie, że się nie nadaje. Pamiętam jak byłam na praktykach na bloku z Danusią Kwiatkowską. Ona od samego początku wiedziała, że blok to nie miejsce dla niej. Byłam zatem wygrana. Mogłam się „myć” do każdej operacji z opiekunką i chłonąć ten fascynujący zawód.

To był blok. A inne praktyki. Szłyśmy w grupach maksymalnie 6-8 osobowych. Miałyśmy przydzielane sale i pacjentów i przez czas praktyk, to byli nasi podopieczni. Wiedziałyśmy o nich wszystko. Pod czujnym okiem doświadczonych pielęgniarek wykonywałyśmy wszystkie czynności przy danym pacjencie, do opuszczenia przez niego oddziału. Potem dostawałyśmy następnego pacjenta i następnego… Nad wszystkim trzymała pieczę instruktorka zawodu z ramienia szkoły. praktyki trwały miesiąc, dwa tygodnie, to zależało od placówki. Miałyśmy nocne dyżury po dwie i to do nas należała opieka nad pacjentem. Przychodząc na praktyki „wchodziłyśmy” w zespół. Część po pierwszych praktykach się wykruszała, ale nie wielka część. Po miesiącu praktyk wracałyśmy do szkoły do teorii. Można było omówić z nauczycielami każdy „przypadek”, który nam zapadł w pamięci.

I właśnie tu się ciśnie ta kolejna różnica; my byłyśmy uczennicami, a nasi nauczyciele byli NAUCZYCIELAMI. Nie wykładowcami, oni nas uczyli; postaw, podejścia do chorego, do zespołu, szacunku dla życia i śmierci. Tak to pamiętam. W Liceum Medycznym zdałam maturę. Dla tych, którzy kończą LO, jest nie wyobrażalne, że można się uczyć do czegoś jeszcze innego niż tylko do matury 😉

Po szkole średniej i 15 latach pracy, poszłam na tzw. studia pomostowe i widzę różnice w kształceniu. Prowadząc grupy studenckie widzę różnice w wynoszonych wartościach. Jako, że otworzył się europejski rynek pracy, studenci większy nacisk kładą na naukę języków niż podstaw pielęgniarstwa, a bez podstaw nie stanie żaden porządny filar. Wielu z nich twierdzi, że albo zaraz po studiach wyjadą pracować w tym zawodzie, albo zdobędą mgr i pójdą do pracy w każdym innym, byle nie w tym. Nie mamy czasu, my wykładowcy ich „ulepić”, przekuć ich wady w zalety, dojrzeć i wyciągnąć na wierzch ich serce do zawodu, „zapalić” do niego.

I teraz odpowiedź na pytanie, czy powinno się przywrócić Licea Medyczne? Tu nie ma prostych odpowiedzi. Jeżeli przywrócimy ośmioklasową podstawówkę, to musimy coś zaoferować tym 15 latkom. Nie wszyscy chcą iść do liceum i potem na studia, to po pierwsze. Będąc w EU musimy dostosować kształcenie do poziomu Unii, a tam nie ma szkół pielęgniarskich, tylko są studia zawodowe.

Nie wiem, ktoś mądrzejszy nad tym myślał. Przeczytałam gdzieś, że w 2000 roku Licea Medyczne kończyło już tylko 3 tysiące absolwentów, dlatego postanowiono o ich likwidacji. Ale tak na prawdę nie wiele dano w zamian.
A może pozostawić i studia, dajmy na to, pięcioletnie, gdzie absolwent uzyskuje tytuł mgr pielęgniarstwa, rozszerzając w nich praktykę i czteroletnie Licea Medyczne z maturą, jako pierwszy stopień, gdzie absolwent uzyskuje tytuł licencjata pielęgniarstwa i maturę, a potem może iść na dwuletnią magisterkę.

Tytuł magistra nie jest potrzebny każdej pielęgniarce, tylko tym, które w przyszłości będą się chciały rozwijać naukowo. Za to każdej pielęgniarce potrzebne są wpojone zasady moralne, miłość do zawodu i do drugiego człowieka.
Przeprowadzając reformy pomyślmy i o tym.

 PS. Dziękuję za ciekawy głos. Drodzy Czytelnicy, jakie jest Wasze zdanie? Potrzebujemy pielęgniarki z dyplomem studiów magisterskich czy dobrym, praktycznym warsztatem?

p

 

TAJEMNICE TRANSPLANTACJI

Aneta Sieradzka        12 lipca 2016        Komentarze (2)

Okres oczekiwania, to taki czas, który najbardziej lubię – dreszczyk emocji, zachwyt i wiele pozytywnych emocji na raz. Ten czas właśnie trwa, i potrwa jeszcze wiele tygodni.

Tajemnice transplantacji, to książka pod moją redakcją, która zostanie wydana przez Wydawnictwo Naukowe PWN. Wśród wielu pozycji naukowych mojego autorstwa, ta jest wyjątkowa.

Jestem ogromnie zaszczycona i wdzięczna, współautorom mojej książki, którzy z  entuzjazmem przyjęli moje zaproszenie i obdarzyli wsparciem, kiedy to przez ostatnie kilka miesięcy pracowałam nad pozycją, która będzie mieć blisko 300 stron.

Już teraz mogę zdradzić, kto jest współautorem Tajemnic transplantacji, bo o czym jest ta książka będę jeszcze pisać 🙂

Tajemnice transplantacji  wespół z:

O patronatach honorowych i medialnych, będę jeszcze pisać.

To nie jest zwykła książka, nie tylko za sprawą autorytetów, które ją współtworzą, ale treści, która z pewnością zaintryguje nie jednego czytelnika. Wersja e-book też będzie.

 Za mną, dziesiątki rozmów z transplantologami i ich zespołami transplantacyjnymi, liczne spotkania…. i  te interesujące rozmowy postanowiliśmy przekuć w książkę, która w nieszablonowy sposób przybliży nam transplantologię i transplantologów, którzy oprócz tego, że są bogami to mają też ludzką twarzą. Jaką? Będę na blogu publikować fragmenty tajemnic transplantacji, których w historii polskiej transplantologii nazbierało się sporo…

13502045_1279873025373437_7309720215935700348_n[1]

Poznajecie to miejsce? To Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu, któremu szefuje Prof. Marian Zembala

PS. We wrześniu, nakładem Wydawnictwa C.H. Beck ukaże się monografia pt. Ochrona danych medycznych, w której w jednym z rozdziałów omawiam dane i prywatność w transplantologii. Monografia pod red. dr E. Bielak-Jomaa (GIODO), dr adw. Paweł Litwiński, prof. M. Jagielski, dr Kajetan Wojsyk, Monika Krasińska, Piotr Kawczyński, Aneta Sieradzka

Dr n.med.  Aleksandra Woderska, koordynator transplantacyjny z Bydgoszczy cieszy się szczególnym uznaniem wśród polskich transplantologów. Wiem, bo transplantolodzy sami mi to często mówią, że Pani Ola to anioł. Pacjenci też!  Dr Ola, to profesjonalistka w każdym calu. O emocjach, wyborach, trudnych rozmowach, sukcesach, odpowiedzialności i tajemnicy zawodowej, przeczytacie w naszej rozmowie.

Koordynator transplantacyjny, brzmi dość tajemniczo. Czym zajmuje się na co dzień ?

Zapewne tajemniczość różnych zagadnień wynika z braku potrzeby rozpoznania rzeczywistości, która nas bezpośrednio nie dotyczy. Jednak  w przypadku transplantologii nie dotyczy nas jedynie pozornie, ponieważ każdy z nas może pewnego dnia stanąć po jednej lub drugiej stronie procesu transplantacji. Odkrycie tajemnicy koordynatora transplantacyjnego jest w zasięgu kliknięcia myszką. Wystarczy wpisać do wyszukiwarki Google „koordynator transplantacyjny”. Internet oddaje 13 tysięcy 700 wyników. Gdy wpiszemy „transplant coordinator” wyświetli się 790 tysięcy wyników. Ustawa Transplantacyjna definiuje koordynatora pobierania i przeszczepiania komórek, tkanek i narządów jako uprawnionego i przeszkolonego pracownika organizującego koordynację pobrania i przeszczepienia. Tak więc koordynator transplantacyjny jest ogniwem procesu transplantacyjnego. Realizowane zadania i obowiązki są zróżnicowane i zależą w  głównej mierze od zawodowej afiliacji w procesie donacji i transplantacji. W Polsce w 2015 r. pracowało 325 koordynatorów pobierania i przeszczepiania narządów, w tym 276 szpitalnych koordynatorów pobierania narządów, 42 regionalnych koordynatorów pobierania i przeszczepiania narządów oraz 7 koordynatorów Poltransplantu. Ponadto są koordynatorzy pobierania i przeszczepiania narządów od dawców żywych, koordynatorzy pobierania tkanek, regionalni koordynatorzy pobierania i przeszczepiania tkanek, koordynatorzy pobierania i przeszczepiania komórek krwiotwórczych oraz koordynatorzy Krajowego Centrum Bankowania Tkanek i Komórek.

Dlaczego wybrała Pani ten zawód? Dlaczego transplantologia?

Życie pisze ciekawe scenariusze. Moje życie zawodowe jest funkcją decyzji moich i innych osób.  W 2007 roku przeszłam przez drzwi, które zostały mi otwarte. Teraz podążam ścieżką, a właściwie zawodową autostradą. Droga nie zawsze jest prosta, bo transplantologia kliniczna jest bardzo wymagająca. Pod wieloma względami.  Ale zdobywając swój szczyt nie można narzekać, że jest pod górę. Jest to kompleksowa i prężnie rozwijająca się dziedzina medycyny. Co sprawia, że jest intrygująca. W Polsce pierwszy narząd przeszczepiono w 1966 roku, a od tego czasu – przez 50 lat, od dawców żywych i zmarłych pobrano i przeszczepiono ponad 28 tysięcy narządów, tysiące komórek i tkanek, wykonano transplantacje złożonych unaczynionych przeszczepów wielotkankowych (twarzy i kończyn górnych), przeszczepienie krzyżowe i łańcuchowe. Ponadto transplantologia to jedyna w swoim rodzaju dziedzina medycyny, w której oprócz pacjenta i zespołu medycznego wymagany jest dodatkowy, ale zasadniczy w swej istocie element. Narząd. Obecnie pochodzący jedynie od innego człowieka – żywego i zmarłego. Ale medycyna transplantacyjna to naukowe Ferrari. Być może w niedalekiej przyszłości kliniczną rutyną stanie się korzystanie z osiągnięć inżynierii tkankowej, której możliwości staną się alternatywą dla aktualnych metod pozyskiwania narządów. Może zostanie odnaleziony kolejny Święty Graal transplantologii, czyli niefarmakologiczny sposób na  tolerancję przeszczepionych narządów.

Granice empatii i profesjonalizmu.  Da się określić w tym zawodzie? Pytam bo z jednej strony wykonuje Pani zawód profesjonalisty, któremu z drugiej strony towarzyszą silne emocje, tworzą się relacje z pacjentami, rodzinami pacjentów etc.

Linia demarkacyjna pomiędzy profesjonalizmem a empatią nie istnieje. Bo medycyna pomimo przepisów i procedur powinna mieć przede wszystkim ludzkie oblicze. Profesjonalna roztropność zaleca jednak ostrożność przed nadmiernym emocjonalnym zaangażowaniem w problemy pacjentów. Wielu lekarzy wzbrania się przed leczeniem członków własnej rodziny, mając na uwadze, że zbyt silne emocjonalne nastawienie może kolidować z profesjonalnym wykonywaniem zawodu. W przypadku transplantologii przykładem mogą być zasady alokacji, czyli doboru potencjalnych biorców do pozyskanego narządu, które opierają się na kryteriach medycznych, nie zaś osobistych sytuacjach życiowych pacjentów.
Transplantologia jest szczególną dziedziną medycyny, w której śmierć pacjenta i tragedia jego rodziny jest związana z możliwością wydłużenia życia i tym samym szczęściem innych chorych i ich bliskich. Choroba i śmierć, choć nie są sytuacjami rzadkimi ani niezwykłymi, budzą emocje. Odzierają rzeczywistość z błahostek pospolitej codzienności, ogrywają rolę swoistej terapii szokowej. Rzeczywistość w świecie transplantologii jest jednak wielowymiarowa. Łączy śmierć i życie. Transplantacja jest najlepszą i często jedyną metodą leczenia pacjentów ze schyłkową niewydolnością narządów. Pacjenci zakwalifikowani do przeszczepienia skazani są jednak na oczekiwanie. Ich sytuacja jest nieszczęśliwa, bo wiedzą na co czekają, ale nie wiedzą, czy czekanie będzie wynagrodzone. Pozbawieni są tej elementarnej pewności. Pod koniec czerwca na przeszczepienie narządu czekało w Polsce 1697 osób, w tym 1030 na przeszczepienie nerki. Średni czas oczekiwania na jej przeszczepienie wynosi 10 miesięcy od momentu zakwalifikowania na Krajową Listę Oczekujących, zaś od rozpoczęcia dializoterapii czas ten jest jeszcze o 2 lata dłuższy. Dzięki transplantacji mogą stanąć u progu życia, na które przez lata choroby i oczekiwania, nie mieli czasu. Profesjonaliści zaangażowani na różnych etapach w proces donacji i transplantacji, od dawców żywych i zmarłych, mają moc przyczynić się do uwolnienia pacjentów z niewoli choroby. Taki jest wszak jeden z celów medycyny.

 

Które to cechy są niezbędne aby być profesjonalnym koordynatorem transplantacyjnym?

Od zarania dziejów w strukturze społecznej zakładano funkcjonowanie pewnych szczególnych grup zawodowych. Ich wyjątkowość polegała na tym, że zajmowały się najcenniejszymi dobrami i potrzebami, m.in. zdrowiem. Grupy te nazwano profesjami. Ojcem koncepcji profesjonalizmu jest Talcott Parsons, który pod koniec lat 30 XX wieku zauważył, że w nowoczesnych społeczeństwach profesje wykonują ważne zadania związane z wykorzystywaniem wiedzy naukowej, a wiedza, umiejętności i techniczne kompetencje stanowią fundament, na którym opiera się struktura profesji. Dlatego atrybutem postępowania profesjonalisty jest racjonalność. Parsons twierdził, że profesjonaliści odgrywają kluczową rolę w modernizacji społeczeństwa. Stoją na czele przyszłości. Zaś amerykański profesor socjologii Charles Perrow nazwał profesjonalistę „Prima donną teorii organizacji”. Będąc koordynatorem transplantacyjnym, wbrew zaleceniom BHP, nie można nie zabrać pracy do domu. Jednakże nie zabiera się pracy zaległej, tylko pracę niedoszłą. Przy konieczności przestrzegania wielu przepisów i wytycznych oraz powtarzania procedur, ze względu na ogromną odpowiedzialność,  trzeba być zaimpregnowanym na rutynę. Koordynator powinien być trochę artystą, nie wyrobnikiem. Poza tym powinien czuć głód stymulacji. I nie zgadzać się na działanie połowiczne. Nawet dieta ŻP jest nie dla mnie.

Co najczęściej mówią rodziny zmarłego, kiedy nie zgadzają się na pobranie narządów? Przypomnijmy, że zgodnie z przepisami, nie mają do tego prawa.

Dla rodzin śmierć bliskiego staje się końcem ich świata.  Dla nich „staje się już”, cytując „Piosenkę o końcu świata” Czesława Miłosza. Bliscy zmarłego znajdują się w sytuacji psychologicznie trudnej. Najtrudniejszej. Analiza informacji o śmierci bliskiej osoby i jej stanowisku wobec ewentualnego pobrania narządów jest paraliżowana przez silne emocje i rozwijające się mechanizmy obronne, przede wszystkim zaprzeczania. Stan emocjonalny członków rodziny warunkuje nie tylko zdolność przyswajania informacji, ale także ogranicza możliwości decyzyjne.
Najbliżsi osób zmarłych zapytani o akceptację pobrania narządów i wolę zmarłego, ze względu na jej nieznajomość są w sytuacji granicznej, bo stoją przed wyborem ze świadomością, że decyzja, którą podejmą, zmieni życie ich i innych. To, co się wydarzy będzie w ogromnej mierze konsekwencją tej jednej decyzji. Każde „tak” to szansa na życie dla innych ludzi. Co prawda ludzi anonimowych, przez to zapewne abstrakcyjnych. Ale każda z tych osób ma imię, nazwisko, swoją rodzinę, marzenia i nadzieję, że doczeka.
Natomiast niektórzy bliscy zmarłych mówią „nie”. Badania opinii publicznej w 2015 roku wykazały, że rodziny zmarłych najczęściej nie akceptują pobrania narządów ze względu na szok związany ze śmiercią bliskiej osoby i nieznajomość jej woli w tej kwestii. 80% Polaków nie zna woli swoich najbliższych w tej sprawie, czyli niemal 30 milionów Polaków nie potrafiłoby odpowiedzieć na pytanie  „Czy Pani/Pana bliska osoba wyrażała zgodę, by jej narządy zostały przeszczepione innym osobom w celu ratowania ich życia?”. Jednocześnie ponad połowa Polaków zgadza się by po śmierci pobrano od nich narządy do przeszczepienia. Również ponad połowa nie zna obowiązujących ich podstawowych przepisów prawa w zakresie transplantacji. Tylko 17% osób ma świadomość, że w Polsce obowiązuje przepis braku sprzeciwu za życia. Zatem w społeczeństwie jest akceptacja wobec transplantacji, ale na drugiej szali jest deficyt informacji i  komunikacji w rodzinach.

Który moment, kiedy koordynator rozmawia z rodziną zmarłego jest najtrudniejszy?

Rozmowa jest bardzo trudna dla obu stron. Wiąże się z trudnościami natury etycznej komunikacyjnej i emocjonalnej. Rodzina zmarłej osoby znajduje się w początkowej fazie żałoby. Koordynator, a najczęściej lekarz staje przed koniecznością interakcji z rodziną zmarłego pacjenta, gdy intuicyjnie wydaje się ona stać za murem żałoby i utraty. Źródła antropologiczne opisują, że osoby w żałobie wyraźnie prezentują innym swój stan, co ma wskazywać, by zachować dystans. W przypadku konieczności rozmowy z rodziną potencjalnego zmarłego dawcy należy przezwyciężyć te instynktowne reakcje i skonfrontować się z emocjami bliskich zmarłego. Ponadto wydaje się, że lekarz/koordynator pyta rodzinę o akceptację decyzji o pobraniu narządów oczekując daru pośrednio od osób, które właśnie doświadczają największej utraty.

Czy koordynator transplantacyjny może sobie pozwolić na manipulację wobec dawcy/biorcy, którzy pochodzą z jednej rodziny, w przypadku żywego dawcy?

Nieetycznie brzmiąca manipulacja ma eleganckie siostry bliźniaczki: motywację i perswazję. Innym synonimem jest „wywieranie wpływu”. Manipulacja to świadoma lub nieświadoma technika sterowania biegiem zdarzeń i osiągania własnych celów przez wpływ na umysł, emocje i zachowanie innej osoby. Ponoć jest związana z każdą aktywnością człowieka w tworzeniu relacji ze światem i innymi ludźmi. A nawet samym sobą. Automanipulację uruchamiamy wtedy, gdy wczesny poranek zaczynamy od rytualnej kawy, by się nam zaczęło chcieć, wtedy gdy jeszcze się nie chce. Zauważyłam, że samo pytanie zawiera presupozycję „Czy koordynator transplantacyjny może sobie pozwolić na manipulację wobec dawcy/biorcy, którzy pochodzą z jednej rodziny, w przypadku żywego dawcy?” Czy w takim razie może lub nie może sobie pozwolić wobec innych osób, w innych przypadkach?
W przypadku pacjentów i ich rodzin, ich zdrowia i ich życia, jedyna dopuszczalna manipulacja to precyzyjna manipulacja chirurgiczna.

Koordynator transplantacyjny to poniekąd taki spowiednik pacjentów, któremu pacjenci powierzają swoje nie tylko obawy, ale i sekrety, to też spektakularne historie o których nie zawsze można powiedzieć w mediach czy na portalach społecznościowych bo przepisy nie śpią.

Koordynator transplantacyjny jako członek multidyscyplinarnego zespołu organizując poszczególne etapy koordynacji odpowiada między innymi za wymianę informacji między dawcą i biorcą a zespołem medycznym we wszystkich fazach procesu donacji-transplantacji. Pacjenci powierzają personelowi medycznemu to, co najcenniejsze – zdrowie i życie swoje i swoich bliskich. Dlatego ważne jest by mieli zaufanie do osób, w których ręce je oddają. Zaufanie jest kamieniem węgielnym, na którym budowane jest poczucie bezpieczeństwa i odwaga odkrywania swoich zakulisowych spraw, których wyjawienie jest istotne w procesie diagnostyki i leczenia. Badania CBOS z 2014 roku wykazały, że co piąty chory często lub zawsze po konsultacji z lekarzem stara się uzyskać opinie innego lekarza, a co trzeci weryfikuje postawioną diagnozę i zaproponowane metody leczenia w innych źródłach, przede wszystkim w Internecie. Na stosunek do personelu medycznego w istotny sposób wpływają dotychczasowe osobiste doświadczenia. Trzeba pamiętać, że relacje z pacjentami i ich rodzinami rozpoczynają się podczas pierwszego spotkania. A pierwsze wrażenie robi się tylko raz.

Dziękuję za rozmowę.

AWoderska fot. Piotr Myczko (1)

Głos Czytelnika: Historia 6-letniego, dzielnego Przemka

Aneta Sieradzka        13 czerwca 2016        Komentarze (0)

Pani Iwona napisała…

przesyłam historię bardzo dzielnego chłopczyka w tej chwili ma 6 lat. Mimo tak młodego wieku ma duże doświadczenia…  Dla mnie jako matki, jest bohaterem, silnym wytrwale dążącym do celu, bardzo walecznym… Dlatego też postanowiłam podzielić się jego historią.

Przemek, jest wcześniakiem. Już od trzeciego miesiąca ciąży, nikt nie dawał nam gwarancji że będzie żyć… Nikt nic nie robił jak byłam w ciąży, aby ratować życie naszego dziecka… czekano na jego naturalny zgon… Jednak się nie dał…, walczył, pomimo ciężkiej hipotrofii płodu… Urodził się i przez trzy i pół miesiąca walczył o życie w szpitalu Bielańskim. Potem pod opieką rodziców dochodził do siebie w domu na tlenoterapii… To był bardzo ciężki czas dla niego i dla nas rodziców… – DALIŚMY RADĘ. Tuż przed czwartymi urodzinami synka, dostajemy kolejny cios!!!!

Dowiadujemy się że nasze dziecko ma nowotwór…, nowotwór złośliwy z przerzutami na płuca. Jesteśmy załamani…, ale nie poddajemy się! Walczymy dalej… Zgłaszamy się do CZDZ, jedyna nasza nadzieja.

Kolejne miesiące mijają. Spędzamy je na oddziale Onkologii i chemioterapii w CZDZ. Leczenie chemioterapią dało tyle, że guzy z płuc zeszły a na wątrobie zmniejszyły się się do takich rozmiarów, iż można je operować… Niestety zaatakowane są oba płaty wątroby… Jest tylko jedno wyjście – PRZESZCZEP. Po heroicznej walce o życie naszego dziecka… mamy szczęście, znajduje się szybko dawca. Jest nim ojciec dziecka. 10.06.2014r. odbył się rodzinny przeszczep.

Teraz nasz synek jest wesołym sześciolatkiem. Starającym się cieszyć jak może z życia wraz z rodzicami, mimo przeciwności losu. Nie ma łatwo, z synkiem często jeździmy do CZDZ na kontrolę, onkologiczną, transplantologiczną, neurologiczna, laryngologiczną, alergologiczną oraz kontrolę do poradni żywienia z powodu zaburzeń żywienia. Przemka jeszcze czeka – zszycie powłok brzusznych…

Jesteśmy pełni nadziei, że teraz już tylko lepiej może być  🙂

 

ecommerce-uslugi-zamawianie-a-pogoda-slonce

Pozdrawiamy serdecznie Panią Iwonę , Przemka i jego Tatę, dużo słońca dla Was! ♥