Marta Kotomska: Pielęgniarka na oddziale transplantologii

Aneta Sieradzka        07 listopada 2015        2 komentarze

Za sukcesem jednej osoby zazwyczaj stoi kilka innych. Tak jest nie tylko w sporcie, polityce ale i w medycynie. Każdy Mistrz ma nie tylko talent, predyspozycje, ideę i cel, ale przede wszystkim zaplecze, dzięki któremu zamierzony cel może osiągnąć.

On wybitny chirurg transplantolog i jego zaplecze – czyli kto? To pytanie kieruję do pielęgniarki Marty Kotomskiej, która dotychczas na oddziale chirurgii ogólnej i transplantacyjnej przepracowała 30 lat!

MK: Pamiętajmy, że na bloku operacyjnym, oddziałach przed i pooperacyjnych nie pracują tylko lekarze, wybitni specjaliści. Tam pracują także, Panie/Panowie salowi, Pielęgniarki i Pielęgniarze, Perfuzjoniści, Statystycy Medyczni, Panie Sekretarki, Rezydenci i wszyscy bezimienni zapaleńcy, których udało się „zapalić”. Na tych „mrówkach” stoi sukces. Na samej górze jest On, Wykonawca – Szef. Pamiętajmy o wkładzie pracy wszystkich, którzy na ten sukces się złożyli. A na tak specyficznym Bloku jak Blok Transplantacyjny musimy pamiętać ZAWSZE, o szlachetności Dawcy i Jego Rodziny.

Udało się „zapalić” ?

MK: Tak, to motto Ludwika Hirszwelda, „Żeby zapalić innych samemu trzeba płonąć”, często powtarza Profesor Artur Kwiatkowski. Jednak tak sobie myślę, że jego też ktoś „zapalił”… i mogę śmiało powiedzieć, że w moim szpitalu, Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie ten płomień przekazywany jest z pokolenia na pokolenie.

Wiesz, myślę sobie… że relacja Mistrz-Uczeń jest bezcenna bo aby dążyć do celu to zawsze trzeba mieć Mistrza, który jest dla nas wzorem, motywacją. Kto jest lub był Twoim Mistrzem? Czego Cię nauczył?

MK: Było ich kilkoro. Miłość do Bloku Operacyjnego zaszczepiła mi Pani Alicja Gembacka, moja pierwsza oddziałowa. Ona pomogła mi przetrwać pierwsze dni, pierwsze porażki, podawała rękę gdy „upadałam”, chowała do szuflady moje wymówienia z pracy (śmiech). A miłością do transplantologii zaraził mnie Profesor Wojciech Rowiński. On właśnie był w idei transplantologii całym sobą. My na bloku widzimy, przepraszam „przypadek”, jednostkę chorobową, a On nauczył mnie widzieć człowieka. Człowieka z jego przeszłością, ale i dzięki transplantologii z przyszłością. Tak, Oni nauczyli mnie kochać mój zawód. Ale widzisz to nie takie proste… Bo na swojej drodze spotkałam jeszcze wielu zapaleńców, dzięki którym jestem tu gdzie jestem. Chociażby moje starsze koleżanki, od których czerpałam wiedzę. I znowu powtarza się schemat… Na moją miłość do pracy (wierzchołek góry lodowej) złożyło się wielu ludzi. Spotkałam Profesora Romana Danielewicza, który „zapalił” mnie do dalszej nauki i powiedział, że moja pasja będzie zarażać pokolenia. Spotkałam Docenta Maćka Kosieradzkiego, który urodził się tego samego dnia co ja, tylko kilka lat później 😉 Z nim zawsze śmiejemy się, przy trudnych operacjach, które podnoszą ciśnienie, zalewają adrenaliną i kończą się sukcesem, że tylko dla takich chwil tu pracujemy i możemy nawet za darmo. Ale muszę powiedzieć, z ręką na sercu, że miłość do transplantologii przekazał mi Profesor Rowiński.

Marta, to powiem Ci w tajemnicy, że… Profesora Romana Danielewicza to ja mogę słuchać godzinami… tak pięknie opowiada o transplantacjach…

Mówi się, że medycyna bez pielęgniarek byłaby jak ogród bez kwiatów więc jakie cechy są niezbędne aby być dobrą pielęgniarką? Co powiedziałabyś teraz 20 letniej dziewczynie, która zastanawia się czy wybrać ten zawód?

MK: Musisz wierzyć w to co robisz… Musisz znaleźć swój oddział. Pielęgniarka musi „czuć” swój zawód. Jeżeli nie czuje bardzo szybko wypali się zawodowo. To trudna praca, ale wspaniała. Znajdź na swojej drodze kogoś, kto Cię poprowadzi. Mentor w tym zawodzie jest nieoceniony. Druga pielęgniarka, której „się chce” potrafi zdziałać cuda! No i chodź na Blok. Nie ma wspanialszego miejsca. Choć widzisz, ja wiem, że gdyby znowu nie oddział przed i pooperacyjny i pracujący tam ludzie, to Blok nie miałby racji bytu.

Profesor Rowiński mawiał, że „Blok jest sercem chirurgii”. Ale czym byłoby serce bez tętnic, żył, zastawek i całego człowieka? Kawałkiem mięśnia, prawda?

Pacjent jest najważniejszy, ale pacjent bywa też roszczeniowy i agresywny. Czym różnią się obecni pacjenci od tych sprzed 10 czy 20 lat?

MK: No i tu mnie masz 😉 Ja od 30 lat pracuję na Bloku Operacyjnym, więc do mnie pacjent przychodzi „jako podmiot naszych działań” Przepraszam, ale tak trochę jest. Natomiast nie wolno Go tak traktować. I tu jest praca wielu osób… Zaczynając od zespołu anestezjologicznego, który zawsze przedstawia się pacjentowi, podając mu rękę, mimo, że wszyscy wiemy, że chory przychodząc na Blok jest tak skołowany, że niczego nie będzie pamiętał. Fantastycznych anestetyczek (pielęgniarek anestezjologicznych), które nie odstępują chorego na krok i mimo masek 😉 i zmęczenia zawsze mają uśmiech na twarzy, i spokojny stonowany głos. Pań/Panów salowych, którzy pomagają pacjentowi dostać się na salę operacyjną i wygodnie ułożyć na stole. Instrumentariuszek (pielęgniarek operacyjnych), które już są obecne na sali, zachowując się tak aby były niezauważone… Czasem „lotna”, ta druga operacyjna na sali, jest potrzeba choremu (w znieczuleniu gdy nie śpi) aby mu towarzyszyć, by czuł się bezpieczny. Niektórzy pacjenci chcą rozmawiać, niektórzy nie, to musimy wyczuć, ale każdy potrzebuje wsparcia psychicznego. Powiem tak, ja w swojej karierze zawodowej nie spotkałam pacjentów roszczeniowych. A agresywnych? Nie z własnej winy. To choroba tak zadziałała. Jest jeszcze jedna myśl, która zawsze mi towarzyszy. My nie leczymy choroby, tylko człowieka, który cierpi z powodu tej choroby.

Przychodzisz na Blok Operacyjny i….jakie emocje temu towarzyszą?

MK: Ale jako uczennica/ uczeń? Jeżeli o to pytasz… Ci młodzi ludzie są bardzo zagubieni. Często trafiają na studia medyczne z przypadku, bo nie mieli innego pomysłu. Są wystraszeni, chcieliby „odbębnić” i wyjść. Do tej pory widzieli tylko tego pacjenta, jak go nazwałaś „roszczeniowego” i personel, którego jest za mało i „goniąc w piętkę” nie mają czasu się pochylić nad człowiekiem. A tu spotykają inny świat. Świat ciszy. Proszę, żeby zapoznali się z tablicą wiszącą na ścianie Bloku, która towarzyszy mi całe życie zawodowe. Praesente aegroto taceant colloquia, effugiat risus – dum omnia dominat morbus (W obecności chorego milkną rozmowy, znika uśmiech – nad wszystkim dominuje choroba). Świat uprzejmości, spokoju. Mam dla nich czas (Zapomniałam powiedzieć? Prowadzę grupy studenckie). Zadaję pytania lekarzom, których oni boją się zadać. Lekarze z cierpliwością anioła odpowiadają. Pokazuję im blok z różnych stron. Mogą poznać wszystkie stanowiska pracy… Zawsze z takiej grupy, która pierwszego dnia, jest rozkojarzona, wyłapuję „oczy, które mnie słuchają”. I te oczy nagle zarażają następne i następne. Patrzę gdzie zerkają, bo niektórych bardziej interesuje anestezjologia. I „zapalam” 😉 do zawodu, do pracy na Bloku, do miłości i szacunku do pacjenta, do siebie nawzajem.

Jeżeli pytasz jako młody pracownik? Jesteś wystraszona niepewna, wydaje ci się, że wszędzie przeszkadzasz. I wtedy powinien stanąć przy tobie mentor, ktoś „komu się chce”. Wiem powtarzam się, ale to bardzo ważne, bo czasu tak naprawdę nie ma nikt.

Po 30 latach pracy nie masz dosyć?

MK: No i tu jest najśmieszniejsze, że mnie wciąż się chce !  I nawet jeżeli są jakieś nieporozumienia personalne, pracujemy przecież z ludźmi, nawet jeżeli jestem zmęczona, czy miałam konflikt w domu… To wszystko zostawiam za drzwiami sali operacyjnej. Jak przekraczam te drzwi nic innego się nie liczy. Tu jestem u siebie. Stając do stołu operacyjnego wiem co robię, wiem po co i dlaczego. Po co? Dla chorego. Dlaczego? Bo to uwielbiam!

Ale nie powiesz mi, że zawsze jest pięknie…

MK: Jest czasem strach, czasem zwątpienie, czasami nienawiść do własnych słabości. Wszechobecne zmęczenie i często frustracja. Ale w obliczu choroby i cierpienia drugiego człowieka, to wszystko blaknie. Jest nieważne. Zapanowuje spokój. Czasem trzeba rozładować atmosferę niewybrednym dowcipem, czasem trzeba milczeć, ale zapach pasji, jest wszech obecny.

Praca zespołowa łatwa nie jest, zwłaszcza wtedy gdy ratuje się ludzkie życie. Jak to jest?

MK: Tak to prawda. Gdy wjeżdża no Blok pacjent po wypadku, lub z krwawieniem pooperacyjnym, nie ma czasu na uprzejmości i stratę czasu. Każdy wie co ma robić. Każdy zna swoje miejsce i obowiązki. Pani Alicja, moja była oddziałowa, zawsze powtarzała, że na panikę miejsce jest później. Stajemy ramię w ramię z chirurgiem i zespołem anestezjologicznym, a nasze Panie salowe bezszelestnie usuwają nam z drogi przeszkody. Tu nie ma czasu na hierarchię, tu pracuje Zespół. I choć w przypadku wygranej cała chwała przypada chirurgowi, to musimy pamiętać, że gdy coś się nie powiedzie, to on także obarczany jest winą. To on musi iść do rodziny pacjenta, czy do samego pacjenta i powiedzieć im, że coś się nie udało. Pojawia się stres, ogromne napięcie, czasem padają ostre słowa. Adrenalina aż kipi. I my jak te bufory. Czasem trzeba potrzymać rękę chirurga, żeby przestała drżeć, niezauważalnie dla innych. Czasem trzeba obetrzeć pot z czoła nie wzbudzając sensacji. Bo zanim zdenerwujemy anestezjologów, denerwujemy się sami 😉 I to, że wiemy iż pracujemy dla chorego pomaga nam walczyć wspólnie. Ja wiem brzmi to dość patetycznie i w większości przypadków (całe szczęście) nie musimy podejmować takich wyzwań, ale czasem się zdarza. I proszę mi wierzyć, dobra instrumentariuszka jest w stanie rozładować każde napięcie, podsunąć pomysł, lub narzędzie w chwili zawahania lub niepewności chirurga. Często tylko my widzimy, że się zastanawia, że jest wiele wyjść i które jest dobre. Cichy szept lub niezauważalne wskazanie może zdziałać cuda.

To którzy to lekarze są u Was w Szpitalu tacy uprzejmi?

MK: Oj wszyscy… ale wyróżnię Profesor Andrzej Chmura, Profesor Kwiatkowski, czy Docent Marek Pacholczyk, czy Dr Dariusz Wasiak lub Rafał Kieszek, którzy zawsze pamiętają, żeby podziękować każdemu z osobna, odchodząc od stołu operacyjnego. To jest bardzo ważne, żeby pamiętać imiona tych „bezimiennych” i po udanym zabiegu ich wymienić. Ludzie gdy nie mogą zarabiać takich pieniędzy jakby chcieli, potrzebują uznania, szacunku.

Powiem Ci, że miałaś szczęście móc pracować z Profesorem Rowińskim. I tak pięknie mówisz, „ Mój Profesor”

MK: Mój Profesor Wojciech Rowiński i Profesor Janusz Wałaszewski, zawsze trochę z tyłu, prawa ręka Szefa. Oni wiedzieli, że na ich sukces składa się praca całego zespołu. Profesor Rowiński starał się zawsze interesować pracownikami. Mnie często pytał o moje dzieci, ja grzecznie odpowiadałam i tak 20 lat, aż któregoś dnia zobaczył mojego 20 letniego syna i nie mógł uwierzyć, że to o nim rozmawiamy przez te wszystkie lata. Zapamiętał go jako brzdąca z przyklejonym nosem do szyby w samochodzie. Ale pytał, był z nami, tak przynajmniej mnie się zawsze wydawało…

Czy było takie przeszczepienie narządu, które szczególnie zapadło Ci w pamięci?

MK: I przeszczepienie i pobranie… Może zacznę od tego drugiego. Wiesz, że jadąc do pobrania narządów, często nie wiemy do kogo jedziemy. Znamy tylko miejscowość, czas pobrania i wiemy, które narządy będziemy pobierali. To było na samym początku mojej pracy. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że dawcą jest chłopiec, w wieku mojego synka. Spadł z drzewa. Nie można mu było pomóc. Rodzice bardzo chcieli, żeby zatem uratował komuś życie. Wspaniała postawa. Myjąc się do zabiegu miałam oczy pełne łez, ale tak jak wspominałam wcześniej tu nie ma miejsca na panikę i histerie. Pełen profesjonalizm. Zabieg wzorcowy. Ale zwijając narzędzia płakałam już tak, że nie widziałam na oczy. Jak to matka, widziałam tragedię innej matki. No, dobra to było nie profesjonalne. Płakałam całą drogę do Warszawy. Jak wróciłam na dyżurze była Mariola Sosnowska, nie pozwoliła mi iść do domu, dopóki się nie uspokoję. A to nie było takie proste 😉 Pozwolili mi płakać, nikt nie krytykował. Tylko… Następnego dnia dostałam telefon od Pani Alicji, że Szef (Profesor Rowiński) prosi, żebym przyjechała do pracy natychmiast. No dobra, myślę sobie, już po mnie. A On kazał mi uczestniczyć w przeszczepieniu tych nerek, które pobraliśmy od tego chłopca. Podczas zabiegu opowiedział mi historię biorczyni, młodziutkiej dziewczyny, która traciła wzrok z powodu niewydolności nerek i pogarszającego się stanu trzustki. Po zabiegu zapytał tylko; Rozumiesz? Zrozumiałam.

Przeszczep?

MK: I teraz przeszczepienie… Przywieziono młodą dziewczynę, w stanie bardzo ciężkim, jako biorczynię wątroby. Miała chorobę Wilsona, o której nie miała pojęcia. Okazało się, że ją ma gdy jej tata malował drzwi farbą olejną i zatruła się oparami. Przez dwa tygodnie życie rodziny wywróciło się do góry nogami. Stan córki był krytyczny. Liczyły się godziny. Znalazł się Dawca, kolejny Szlachetny Człowiek i jego Szlachetna Rodzina. To były początki transplantacji wątroby. Zabieg trwał 12 godzin i zakończył sukcesem. Idę któregoś dnia do pracy z Docentem Wojtkiem Lisikiem, on pokazuje mi piękną, długonogą brunetkę, w butach na wysokim obcasie, w mini, która przechadza się uśmiechnięta po korytarzu. Pyta, czy wiem kto to jest. Popatrzyłam z przyjemnością, nie powiem, ale nie wiedziałam. „To jest dziewczyna, której dwa tygodnie temu przeszczepiliśmy wątrobę, przyszła na kontrolę” Jak to ta kupka nieszczęścia, która w ostatniej chwili wjechała na Blok? Tak, to jest do wszystkich, którzy mają wątpliwości, że transplantologia ratuje życie.

5 listopada br. Minęło 30 lat od pierwszego przeszczepienia serca, którego dokonał Profesor Zbigniew Religa, z Zespołem. Jak podsumowałabyś te ostatnie 30 lat polskiej transplantologii?

MK: Dlaczego 30? Czy wiesz, że 26 stycznia mija 50 lat od pierwszego przeszczepienia nerki? To taka dygresja. Polska transplantologia jest dużo starsza niż 30 lat.

Naturalnie,wiem! 

MK: I znowu zespół, 30 lat temu doszło do pierwszego, udanego przeszczepienia serca. Próby były wcześniej. Oglądałaś film „Bogowie”?

Oglądałam już kilka  razy i często wracam do tego filmu, wiesz ten film mnie inspiruje, ale chyba nie tylko mnie…

MK: Pewnie wiesz jaka jest różnica między Bogiem, a chirurgiem? Bóg nie myśli, że jest chirurgiem 😉 Wracając do tematu. Rzesze ludzi, którzy przyczynili się do Jego sukcesu, ci wymienieni z imienia i nazwiska, jak też ci tylko z imionami (Krysia, Ania), ale też ci „bezimienni” Bez nich nie byłoby sukcesu. I powiem Ci tak trochę w tajemnicy, że uparłam się odnaleźć instrumentariuszkę, która była przy pierwszym przeszczepieniu nerki, 50 lat temu u Profesora Jana Nielubowicza. Dlaczego to takie trudne? Bo jak spojrzysz na protokół operacyjny, to rubryka „instrumentariuszka” była pusta. I znalazłam. Nazywała się, bo już niestety nie żyje Marta Płaska. Ale to pewnie inny temat?

Coś niesamowitego! Chciałam powiedzieć, że jesteś niesamowita…

MK: Wracając do Twojego pytania. To okres rozkwitu, burz, upadków i wzniesień. Jeżeli pojawia się afera medialna, to transplantologia „siada”. I kto na tym cierpi? Pacjenci, którzy nie doczekują przeszczepu. Gdy jest rzetelna, trafna, wiarygodnie przeprowadzona akcja społeczna, to słupki transplantologii rosną. Rośnie ilość uratowanych istnień ludzkich. Ale podsumowując jednym słowem, wielki  Rozkwit. Idziemy wciąż do przodu, pacjent jest bezpieczniejszy. Zabiegi, które trwały po kilkanaście godzin skróciły się do kilku. Sukces za sukcesem. Transplantacje kończyn, twarzy.Transplantacje fragmentu wątroby, czy nerek od „żywych dawców”, spokrewnionych lub nie. Przeszczepienia krzyżowe i łańcuchowe nerek odbywają się w mojej Klinice, którą po Profesorze Rowińskim przejął i rozwinął Profesor Andrzej Chmura. Tak idziemy do przodu.  Tak idziemy do przodu. Nie mogę tu nie wspomnieć o koordynatorach. W mojej Klinice jest trójka mgr Aleksandra Tomaszek, która na swoich barkach trzyma całe „żywe dawstwo”, mgr Edyta Karpeta i mgr Łukasz Górski, którzy koordynują prace zespołów wyjazdowych i operujących na miejscu. Oni są w grupie tej piramidki ludzi, którzy podtrzymując się nawzajem wynoszą na szczyt Jego Wykonawcę. Czy wiesz, że przy jednym pobraniu i przeszczepieniu np wątroby udział bierze około 20 osób? Jeden wyjazd, jeden narząd, a reszta narządów? Policzysz tych ludzi?

Przyznam, że nie wiedziałam, że AŻ tyle osób w tym uczestniczy, ratując jednego człowieka. W tym miejscu Panią Olę, serdecznie pozdrawiamy! – bo to kolejny „zapaleniec” z Waszego Szpitala.

MK: Ale musimy pamiętać, że każdy z nas myśli też perspektywicznie. Po pierwsze każdy chciałby, aby zabrakło dla niego pracy, bo nie byłoby już biorców. Wszyscy byliby zdrowi, a po drugie każdy z nas marzy o czasach, w których zastąpimy narządy sztucznymi narządami. Przecież nasza rola to ratować ofiary wypadków, chcemy, żeby z jednej strony dawców było jak najmniej, a z drugiej…. Ot ciągłe dylematy.

Dopóki w transplantologii będą pracowali „zapaleńcy”, a nie „pracownicy – wykonawcy” dotąd będzie się ona rozwijała. Z przyjemnością ostatnio słuchałam inżyniera Romana Kustosza, nie lekarza, współpracującego z kardiochirurgami z Zabrza, który z pasją i ogniem w oczach opowiadał o nowych, mniejszych sztucznych komorach serca.

Marta, pięknie dziękuję za poświęcony czas. Za naturalność i pasję z jaką opowiadasz o transplantologii, Twoi Mistrzowie są na pewno z Ciebie bardzo dumni, a pacjenci wdzięczni za nieocenioną pomoc, którą im niesiesz od 30 lat. 

11935569_959224947451908_1526913489592070947_n

Fot. Marta Kotomska

{ 2 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Adam Knopik | Transportowy Listopad 9, 2015 o 11:08

Niezwykle ciekawy i inspirujący wywiad. Cieszę się, że opowiedziałaś o zapleczu, które pomimo, że jest równie ważne jak mistrz, to często stoi na drugim planie i niestety rzadko się o nim wspomina.

Możnaby to porównać do orkiestry i dyrygenta, który nią kieruje. Wiadomo, że orkeistra nie zagra bez dyrygenta, a nawet najwybitniejszy dyrygent niewiele zdziała bez orkeistry 🙂

Oby więcej takich zapaleńców! 🙂

Pozdrawiam, A.K.

Odpowiedz

Aneta Sieradzka Listopad 9, 2015 o 11:15

Dziękuję! Dokładnie tak, całkowicie się zgadzam. Jest wiele dobrych przykładów, które warto i nawet trzeba naśladować tylko trzeba je pokazać! 🙂 Pozdrawiam, AS

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: