Pielęgniarka o pielęgniarce. Marta Płaska – dziewczyna w masce – instrumentariuszka, która wyprzedziła swoją epokę. Opowieść Marty Kotomskiej.

Aneta Sieradzka        23 stycznia 2016        Komentarze (1)

Marta, byłaś jedną z prelegentek podczas XII Sympozjum Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego i Jubileuszu 50-cio lecia przeszczepienia pierwszej nerki, której dokonał Profesor Jan Nielubowicz z zespołem, dlaczego postanowiłaś opowiedzieć o Marcie Płaskiej?

Profesor Tadeusz Tołłoczko, we wspomnieniach o Profesorze Janie Nielubowiczu, powiedział, że „czas ma siłę unicestwiającą”. Dlatego tak bardzo zależało mi, żeby opowiedzieć o kobiecie, instrumentariuszce, nauczycielu, wychowawcy, Marcie Płaskiej, która wyprzedziła swoją epokę.

Dotarłaś do wielu źródeł aby ta opowieść powstała, od czego zaczęłaś?

Wpadły mi w ręce stare papiery z przeszczepienia Danusi Milewskiej… Oglądam z namaszczeniem, wącham, widzą tamte czasy, chłonę… Ale patrzę, że miejsce gdzie powinna być instrumentariuszka jest puste… Dzwonię do docenta Kosieradzkiego i pytam… Maciej, czy Wy te nerki przeszczepiacie sami? Dlaczego w papierach o pierwszym przeszczepieniu nie ma instrumentariuszki? Rzeczywiście mówi. Wiesz, Profesor Wałaszewski kiedyś wspominał, że te papiery były wypełnione dość niestarannie i część się zagubiła… Potrafiłabyś Ją znaleźć? No pewnie- odpowiadam. To zrób to. Opowiemy o nich. O tamtych „zapaleńcach” I tak się to zaczęło… Pomogła mi Pani Alicja Gembacka, podając pierwsze nazwiska i Sandra Ostrowska, moja studentka, która pracuje na Banacha i odnalazła Marty koleżanki… A dalej już poszło. Z wypiekami na policzkach słuchałam jej historii i udało się ją spisać.

Przedstawiasz też historię polskiej instrumentacji?

Jej wkład w rozwój polskiej instrumentacji nie jest znany nam, tym którzy z niego korzystają. Nie próbuję przedstawić Jej życia ze wszystkich stron i perspektyw, to jest niemożliwe. Chcę się skupić na Jej pracy i wkładzie w polską chirurgię, i transplantologię.

Wszyscy widzieliśmy dokumenty; historię choroby, protokół operacyjny, które były wypełnione dość niestarannie. Nie pojawiło się tam imię i nazwisko anestezjologa, pielęgniarki anestezjologicznej i instrumentariuszek.

Opowieść o Pani Marcie jest opowieścią fabularyzowaną. Niestety nie mogłam porozmawiać z Nią osobiście. Nie dane mi było Jej poznać. Historie zaczerpnięte są ze wspomnień jej przyjaciół i współpracowników, Pani Aliny Kowalskiej, Pani Izy Skórzyńskiej , Pani Ewy Stachurskiej i reportażu Pani Barbary Seidler, opisującego pierwszą w Polsce udaną transplantację nerki, na samym początku polskiej transplantologii, który ukazał się w formie książki, wydanej zaledwie w 5000 egzemplarzach.

Marta Płaska to pielęgniarka, która towarzyszyła Profesorowi Janowi Nielubowiczowi ? Z Siedlec trafiła do Warszawy?

Urodziła się w Siedlcach, w 1929 roku. Dyplom Pielęgniarki uzyskała w 1948, w Szkole Pielęgniarstwa Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, przy Szpitalu Przemienienia Pańskiego w Warszawie, po dwuletniej edukacji. Jej opiekunem merytorycznym i duchowym była siostra Wanda Żurawska, zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, osoba światła, absolwentka WSP i stypendystka Rockeffelera. „Zawsze czynna, wyrozumiała i troskliwa, jednocześnie konsekwentna, przypominająca pielęgniarkom o ich powinnościach, obowiązkach i etyce zawodowej.”

Jaką kobietą była Marta Płaska?

Jakby przewidując przyszłość, uczyła się języka angielskiego u „Metodystów”, uczęszczała też na zajęcia z gimnastyki sportowej 😉 Była szalenie zorganizowana, zdyscyplinowana, a chorym oddana bez reszty. Przyjaźniła z Hanną Dmochowską, która była oddziałową na bloku operacyjnym w I Katedrze i Klinice Chirurgicznej Profesora Butkiewicza. Razem mieszkały na Lwowskiej „pod 15”, w bursie pielęgniarskiej.

Z kolei ja bardzo mam w pamięci moje pierwsze miejsce pracy, którym był szpital w Krakowie. Gdzie Marta Płaska rozpoczęła swoją drogę zawodową?

Pracę Marta podjęła zaraz po szkole, w 1948 roku, na oddziale chirurgicznym, w odbudowanym po wojnie Szpitalu Praskim. W 1955 roku, „z nakazu pracy”,  została przeniesiona do I Kliniki Chirurgicznej, kierowanej przez Profesora Tadeusza Butkiewicza. Oddział liczył 158 łóżek, sale były kilkunastołóżkowe. W tym czasie kroplówki pacjentom, podczas operacji, podłączały pielęgniarki z oddziału. Często zatem Marta przychodziła na blok podawać tzw. „setki” (60 ml glukozy, 40 ml soli fizjologicznej, witaminy) lub wykonywać zabieg hipodermoklizy (nawadnianie podskórne). Podpatrywała pielęgniarki  operacyjne, oddychała atmosferą sali operacyjnej i zarażała się pracą instrumentariuszki.

Jak to się stało, że Marta Płaska trafiła na blok operacyjny?

 W 1958 roku, po powrocie ze stypendium Rockeffelera, przejęciu Kliniki przez Profesora Jana Nielubowicza i odejściu z pracy Hani, została poproszona przez Profesora o kierowanie Blokiem Operacyjnym. Tak zaczęła się przygoda Marty z instrumentacją. Poznawała wszystko od początku. Jej nauczycielem był Władysław Sobocki, przedwojenny instrumentariusz, poeta. Pielęgniarki operacyjne do dzisiaj uczą się od starszych kolegów i koleżanek sztuki instrumentacji. Marta była bardzo lubiana i od razu zaakceptowana na nowym stanowisku przez podwładnych i lekarzy. Szybko stała się ulubienicą Profesora Nielubowicza przy stole operacyjnym. Starała się bardzo unowocześnić i ułatwić pracę swoich koleżanek. Razem z Profesorem Kamińskim i Teresą Czerniejewską doprowadziła do zaprzestania przychodzenia pielęgniarek z oddziału do podawania kroplówek. Od tej pory znieczuleniem pacjenta tzw. „kapkami” (znieczulenie eterem) zajmował się młodszy chirurg razem z Panią Teresą, która przyuczała go do roli „anestetyczki”. Profesor Nielubowicz jako pierwszy w swojej Klinice zatrudnił lekarzy, i pielęgniarki, którzy zajmowali się tylko znieczuleniem chorych, można go więc nazwać „ojcem anestezjologii warszawskiej”.

Jak wyglądał 50 lat temu blok operacyjny na którym z sukcesem przeszczepiono pierwszą nerkę w Polsce.

W tym czasie działały cztery sale operacyjne, dwie czyste, na pierwszym piętrze i tzw. dwie brudne, na parterze, pozostawione po przeniesieniu ortopedii do nowo wyremontowanego i rozbudowanego budynku, od ulicy Lindleya, żartobliwie zwanego „Pałacem Grucy”, od nazwiska Profesora, który ortopedią kierował.

Czasy były ciężkie, nieliczne instrumentariuszki pamiętają, że pielęgniarki same nawijały nitki na szklane probówki, moczone następnie w spirytusie, talkowały i pakowały rękawiczki, szyły serwety operacyjne, nie wspominając już o cięciu i zwijaniu tzw. „groszków”.

Marta Płaska to pielęgniarka nowoczesna jak na tamte czasy?

Marta Płaska była otwartym umysłem, szanowanym w środowisku lekarskim, wspierał ja przy tym Profesor Nielubowicz. Lekarze, którzy dzięki Profesorowi wyjeżdżali na staże zagraniczne, przywozili różne nowości, a Marta wprowadzała je w życie po to, żeby ułatwić pracę swoim instrumentariuszkom. Popakietowała zestawy operacyjne narzędzi, rozdzielając je na zestawy mniejsze „dyżurowe”, naczyniowe, czy laparotomijne. Wdrażanie nowości, słuchanie, to była działalność Marty, która bardzo chciała unowocześnić funkcjonowanie bloku. Zawsze prosiła o przywiezienie wzorów cewników, szwów w saszetkach. Była bardzo otwartą osobą, szczególnie jeżeli w grę wchodziła pomoc dla instrumentariuszek. Zawsze asystowała do pierwszych operacji, które wykonywał Profesor Nielubowicz, dobierając sobie młodą pielęgniarkę, którą szkoliła. Profesor często przed operacją zaglądał na salę i gdy widział, że „umyta” jest Marta, na jego twarzy pojawiał się szeroki uśmiech.

Marta Płaska to kobieta wrażliwa, pełna dobrych emocji?

Była „bardzo ludzka”, zawsze dawała drugą szansę, życzliwa i wyrozumiała. Nigdy nie załatwiała spraw dyskusyjnych publicznie. Po odprawie, gdy miała uwagi po dyżurowe, prosiła do swojego gabinetu i tam rozmawiała w cztery oczy. Skóra cierpła na grzbiecie gdy prosiła na „dywanik”, ale można było liczyć na uczciwość i rzetelny osąd. Stała murem za pielęgniarkami. Stawiała wymagania, ale od siebie wymagała dwa razy tyle. Postrzegana była jako „tyran” pracy, bo tytan to mało. Za jej kadencji rotacja zespołu była znikoma.

Marta Płaska to pielęgniarka międzynarodowa, wyjechała do Anglii i… ?

 W 1965 roku wyjechała na staż do Anglii. Stamtąd dzwoniła do „swoich dziewczyn” i prosiła, żeby zamawiały duże ilości bielizny operacyjnej. Mówiła, że wyjaśni gdy wróci. Po powrocie doprowadziła do badań nad papierem „szarym” – pakowym, porównywanym z pergaminem. Okazało się, że bielizna zapakowana w pergamin i wysterylizowana utrzymuje swoja jałowość przez 4 tygodnie, a pakowana w „szary” papier tylko 2 tygodnie. Z Anglii przywiozła pakiety bielizny i gazy. Starała się doprowadzić do likwidacji puszek schimelbusch, które były ciężkie, niewygodne, zajmowały dużo miejsca, a sterylność ich zawartości mogła pozostawiać wiele do życzenia. Popakowała zatem pakiety bielizny operacyjnej w taki sposób jak pakuje się do dnia dzisiejszego, wkładając do pakietów tylko to co jest potrzebne do danej operacji. Zrobiła mniejsze pakiety z gazą operacyjną i zlikwidowała duże ciężkie zestawy narzędzi, rozdzielając je na mniejsze, bardziej poręczne, gdzie nie sterylizowało się niepotrzebnego sprzętu.

Profesor Jan Nielubowicz z Martą Płaską zmienili ówczesną epokę chirurgii?

 Profesor Nielubowicz mawiał, że jest „…świadkiem tego, jak z pokolenia na pokolenie zmieniają się różne rzeczy w chirurgii…” Jedną z takich zmian, jest uświadomienie sobie, przez chirurgów, że postęp odbywa się tylko dzięki współpracy wielu ludzi, którzy dbają o dobro chorego, jego bezpieczeństwo i komfort. W interdyscyplinarnym, dobrym zespole są chirurdzy, anestezjolodzy, pielęgniarki operacyjne i anestezjologiczne, salowi, opiekunowie chorych, a także pielęgniarki na oddziałach przed i pooperacyjnych. Ci ludzie spędzają przy chorych, na swoich stanowiskach pracy wiele godzin, by „popchnąć tą naszą chirurgię do przodu”.

Marta Płaska to kobieta z poczuciem humoru?

 Marta często żartowała z koleżankami. Nie lubiła sama jeść śniadań. Mimo, że miała swój gabinet wyczekiwała na moment, gdy była przerwa między operacjami i mówiła: „Tea time dziewczęta, zapraszam”. Śmiały się wtedy i omawiały sprawy zawodowe i prywatne. Nie były to długie przerwy, ale zawsze przyjemne.

50 lat temu nie było ustawy transplantacyjnej, ale były wielkie cele i marzenia na bloku operacyjnym, jakie?

 Od początku lat 60-tych marzeniem zespołu było przeszczepienie nerki.  Prawo polskie w tych latach nie ułatwiało drogi transplantologii. Mimo, że znana była koncepcja śmierci mózgowej, narządy można było pobierać dopiero po zatrzymaniu krążenia. Nasuwało się wiele pytań. Pytanie pierwsze, czy pobierając nerkę od „żywego”, nie okaleczamy dawcy i pytanie drugie, przy pobraniu nerki ze zwłok, kiedy możemy powiedzieć, że człowiek nie żyje.

Takie same wątpliwości jak lekarze miały i pielęgniarki. Marta jako światły umysł, otwarty na nowości i konieczność zmian, potrafiła pasją „zapalić” swój zespół i zminimalizować wątpliwości.

Od momentu ogłoszenia gotowości Kliniki do transplantacji nerki rozpoczął się czas oczekiwania we dnie i w nocy. Marta wychodząc z pracy nie wiedziała, czy nie przyjedzie po nią karetka do domu.

 Marta Płaska jako żona i matka

Miała rodzinę. Męża „Zbynia”, jak o nim mawiała i córkę Iwonę. Alina Kowalska wspominała ich wyprawy, po pracy po małą Iwonkę, do żłobka, który mieścił się na terenie szpitala, przy ulicy Nowogrodzkiej. Alina była młodszą koleżanką Marty, tym „narybkiem”, który czerpał wiedzę, miłość do chirurgii i został „zapalony” przez Martę Płaską.

Jak pół wieku temu przebiegał proces informacji pomiędzy personelem, teraz mamy Internet, telefony komórkowe, a kiedyś, jak możliwa była sprawna komunikacja?

 To nie był czas telefonów komórkowych, a i stacjonarne telefony mało kto miał. Do pobrania nerki gotowa była sala operacyjna na dole, tzw. brudna, a do przeszczepienia sala operacyjna na górze. W pełnej gotowości były trzy pielęgniarki Marta Płaska, Józefa Janowicz i Teresa Czerniejewska jako pielęgniarka anestezjologiczna. Ale oczywiście w całym zespole dało się wyczuć napięcie i atmosferę wyczekiwania. Trzeba dodać, że praca w Klinice szła pełną parą. Profesor Nielubowicz specjalizował się w chirurgii naczyniowej, chirurgii wątroby i przewodu pokarmowego.

19- letnia uczennica zostają biorczynią nerki, którą przeszczepia Profesor Jan Nielubowicz

Zimą w roku 1965 Danusia Milewska była pacjentką Kliniki Profesora Orłowskiego. 19 letnia dziewczyna, która uczyła się w szkole pielęgniarskiej, miała przewlekłą niewydolność nerek. Dwóch profesorów Orłowski i Nielubowicz zdecydowali, że to ona będzie biorczynią. Wiedzieli, że zespół lekarzy i pielęgniarek jest gotowy do tego przedsięwzięcia.

Przygotowania do pierwszego przeszczepienia nerki chyba były bardzo stresujące dla całego zespołu?

Spotkania zespołów obu Klinik odbywają się regularnie. Wyczuwa się ogromne napięcie. Profesor Nielubowicz wielokrotnie zwraca się do Marty z pytaniem, czy wszystko gotowe. Danusia ma już usunięte obydwie nerki, które były źródłem zakażenia. Doktor (później Profesor) Wojciech Rowiński czuwa nad pacjentką. Musi być bowiem zdrowa gdy zjawi się „odpowiedni” dawca. Marta nie lubi tego słowa – odpowiedni. Wie, że „czekają na śmierć kogoś odpowiedniego”, wie, że z jednej strony jest to okrutne, wyrachowane, a z drugiej niezbędne. Rozmawiają z dr Rowińskim o tym wiele razy. On młody doktor, ona doświadczona instrumentariuszka… Mają wspólne dylematy, ale i wspólny cel. Marta rozmawia ze „swoimi dziewczynami”, odsyła do literatury, tłumaczy artykuły przywiezione przez lekarzy z całego świata. Podaje przykłady sukcesów, ale nie oszczędza też porażek.

26 stycznia 1966 rok, ten dzień, który był przełomem, ponieważ…

26 stycznia 1966 roku Marta nie wyszła do domu. W szpitalu bowiem była potencjalna dawczyni. Leżała w sali reanimacyjnej na dole obok sali operacyjnej. Zaledwie kilka dni wcześniej zdrowa pełna werwy kobieta. Podczas sprzątania potknęła się i uderzyła głową o kant stołu. Przywieziona do szpitala 25 stycznia 1966 roku straciła tam przytomność. Lekarze ratowali ją do końca. Gdy nie było nadziei na ocalenie jej życia, prokurator Papież musiał wyrazić zgodę na pobranie nerki. Wyraził. Sala operacyjna na dole, ta tzw. brudna, została przygotowane przez instrumentariuszki, które nie uczestniczyły w pobraniu narządu. Była tam wybita szyba, nie można było doprosić się o jej wstawienie. Przysłonięta kartonem przepuszczała zimny styczniowy wiatr. Atmosfera była jednak tak gorąca, że działało to jak swoista klimatyzacja. O 17:05 pobrano nerkę, wypłukano schłodzonym, fizjologicznym roztworem soli i zawiniętą w serwetę zaniesiono na piętro.

Stres sięga zenitu?

Danusia wciąż była pacjentką w Klinice Profesora Orłowskiego. Oprócz chirurgów, wspomnianego wcześniej dr Rowińskiego, opiekowała się nią, wtedy doktor, obecnie Profesor Liliana Gradowska i cały zespół nefrologiczny. Na górze zaś wrze. Marta, razem z panią Ziutą starają się opanować chaos i zdenerwowanie operatorów. To instrumentariuszka jest gospodynią sali operacyjnej, to instrumentariuszka jest buforem w stresujących sytuacjach. To na nią spadnie odium gdy coś w operacji pójdzie nie tak. Teresa Czerniejewska próbuje przykryć drżenie rąk. Musi zachowywać się profesjonalnie, nie może okazać strachu. Operacja jak każda inna – wciąż sobie powtarza. Marta nie ma czasu na zastanawianie, działa, jest skupiona, cicha, skromna, jak dodatkowe ręce chirurga. Przecież nasze ręce nie oczekują oklasków, gdy pomagają nam w życiu. Wie, że obok czuwa Ziuta. Wie, że może na niej polegać w każdej trudnej chwili. Młode dziewczyny obserwują pracę swojej szefowej. Patrzą na jej sprawne ruchy. Trochę zazdroszczą, ale podziwiają, są wpatrzone w to co dzieje się na stole operacyjnym. Starają się nie przeszkadzać.

Profesor Nielubowicz w trakcie przeszczepienia…

 Profesor Nielubowicz oddycha ciężko, nie uśmiecha się jak zwykle z nad maski. Jego oczy są skoncentrowane, trochę nieobecne. Wie, że może liczyć na cały zespół. Ale także boi się niepowodzenia. Przy stole stoją (późniejsi profesorowie) Olszewski, Rowiński, Szczerbań i Marta, jego prawa ręka. On wie, że dobrze wybrał, wie też, że to on odpowiada za powodzenie tej operacji i ta wiedza bardzo mu ciąży.

Po zespoleniach naczyniowych, wstrzymali oddech, chyba wszyscy. Na końcu moczowodu pojawiły się pierwsze krople moczu. Trwało to 57 minut. Ulga unosiła się w powietrzu. Nikt jednak nie bił braw, rozmowy nie stały się głośniejsze, tylko oczy Profesora rozbłysły nowym ogniem i gdy spojrzał na Martę, wiedziała, że wszystko poszło zgodnie z planem. Wykonał zespolenie moczowe i zakończył operację. Podziękował całemu zespołowi. Taki miał piękny zwyczaj, że wychodząc z sali dziękował swojemu zespołowi, zespołowi anestezjologicznemu, zawsze uścisnął rękę instrumentariuszki i przechodząc obok Pani Zosi –  salowej nie zapomniał też jej szepnąć miłe słowo.

Operacja dobiegła końca i co wydarzyło się później?

 Cała operacja trwała dwie i pół godziny. Danusia pojechała na salę pooperacyjną. Następnego dnia rano obudziła się głodna. Po operacji cały zespół zasiadł w dyżurce pielęgniarek, a panie salowe podały każdemu szklankę mocnej kawy. Była głęboka noc, gdy Marta wróciła do domu, zmęczona, ale usatysfakcjonowana. Profesor Nielubowicz powiedział, że to co wspólnie zrobili to „majstersztyk”. Uśmiechała się na wspomnienie tych słów.Rano na odprawie omawiana była przeprowadzona operacja. Widać było na twarzach zespołu ogromne zadowolenie. Wszyscy wiedzieli, że zaczął się nowy rozdział w historii medycyny polskiej. Dr Rowiński podkreślił, że w Polsce udało się to samo, co zaledwie 12 lat temu na świecie. Profesor Nielubowicz studził euforię tłumacząc, że jeszcze wszystko przed nimi, że teraz wszystko w rękach Boga, Danki, lekarzy i pielęgniarek. Podkreślił kilka razy, że serce oddziału chirurgicznego to blok operacyjny, ale niczym jest to serce gdy nie służy całemu organizmowi, którym jest oddział. Powtarzał „…jesteśmy zespołem, który od siebie zależy…”. Te słowa wiele lat później powtarzał Profesor Rowiński.

Sukces i kolejne przeszczepienia nerek ?

W Klinice praca idzie własnym torem. Chorzy chorują, są operowani, wychodzą do domów, szykują się nowe przeszczepienia. Praca na bloku idzie pełną parą. Nie ma czasu na świętowanie sukcesów, na szukanie o sobie wzmianek w prasie. Zresztą Profesor Nielubowicz jest bardzo ostrożny w wypowiedziach i we współpracy z mediami. W Klinice Profesora Orłowskiego szykowani są nowi biorcy. Młodziutka, wątła Hania, major Jaskólski – oficer milicji. Danusia w maju wyszła ze szpitala. Wraca z zapaleniem trzustki. Umiera osiem miesięcy po przeszczepieniu.

W czerwcu kolejne przeszczepienie. Nerkę dostaje major Jaskólski. Ta sama procedura. Nerka pobrana na dole (tym razem w zespole jest instrumentariuszka), wypłukana przeniesiona na górę. Instrumentariuszka asystująca do operacji, młoda dziewczyna, wie, że to co robi jest dobre i potrzebne, ale ma wątpliwości, jak każdy człowiek. Wcześniej długo rozmawia z Martą. Może zrezygnować z uczestniczenia w pobraniu, ale nie chce. Zabieg wzorcowy, dziewczyna zadowolona wraz z zespołem przechodzi na górę, gdzie szykowany jest biorca.

Profesor Nielubowicz i Marta Płaska to duet idealny… Pamiętam jak kiedyś mi powiedziałaś, że przy stole operacyjnym to spojrzenia mają moc sprawczą, patrzysz w oczy chirurga i wiesz co masz robić?

 Marta jest „lotną” podczas przeszczepienia. Uczy się Alina. Profesor spokojny, czasem zerka na Martę, ta uspokajająco kiwa głową. Na bocznym stoliku trzeba ponownie wypłukać nerkę przed przeszczepieniem. Lodówka z płynami stoi na dole na sali, gdzie leżą zwłoki. Poproszono instrumentariuszkę, która była przy pobraniu, żeby przyniosła płyn z sali na dole. Ona mówi, że nie pójdzie bo tam są nadal zwłoki dawcy. Konsternacja. Na stole operacyjnym leży biorca gotowy do wszczepienia nerki. Profesor spojrzał na Martę, ta się lekko uśmiechnęła. Profesor zdjął rękawiczki, zszedł na dół i przyniósł potrzebne płyny. Po drodze zapytał dziewczynę jak ma na imię. Ta przerażona przez całą operację nie miała odwagi spojrzeć na profesora i na Martę.

…i poczucie humoru Profesora Jana Nielubowicza

 Po skończonym zabiegu Profesor Nielubowicz podszedł do Ewy, bo tak miała ta instrumentariuszka na imię, szczerze się uśmiechnął i powiedział „Dziecko nie martw się jak ja miałem tyle lat co ty, to też się bałem”. Marta stała tuż obok łagodnie spoglądając na oboje. Rozmawiała potem z Ewą mówiąc tym swoim łagodnym tonem, „Pamiętaj wszystko dobrze się skończyło bo profesor miał dobry humor, musisz być pewna, że chcesz tu pracować”. Marta zawsze dawała drugą szansę.

50 lat temu, jak i dzisiaj niestety nie wszyscy zdążą doczekać do przeszczepienia narządu

 W listopadzie kolejne przeszczepienie. Jedni doczekują inni nie, dostępność i skuteczność hemodializ była wówczas mocno ograniczona. Blok pracuje pełną parą. Umiera Hania. Marta często uczestniczy w operacjach „profesorskich” wie, że to Go uspokaja. Jest pewny i skupiony tylko na swojej pracy. Do końca 1968 roku przeszczepiono 9 nerek.

Zaczęto przeszczepiać więcej nerek i modernizować szpital

 Rozpoczęła się budowa nowego Szpitala Klinicznego Warszawskiej Akademii Medycznej na Banacha. Lata 70. Wiadomo, że I Katedra i Klinika Chirurgiczna zostanie przeniesiona do nowych pomieszczeń.

Marta Płaska to nauczyciel

 Na bloku zaczyna się intensywne szkolenie nowych instrumentariuszek. Przyszło 9 pielęgniarek zaraz po szkole. Marta ma pełne ręce roboty. Szkoli nowe dziewczyny, planuje przeniesienie bloku. Zamawia sprzęt. Z czterech sal przeniosą się do osiemnastu, na trzy trakty operacyjne. Wie już kto będzie jej prawą ręką, ale tych prawych rąk potrzebuje trzy. Po konsultacji z Profesorem wybiera Alinę Kowalską i Ziutę Janowicz. Sama zajmuje się przyuczeniem nowych pielęgniarek operacyjnych. Profesor ma do niej całkowite zaufanie.

Szpital został uroczyście otwarty 22 lipca 1975 roku. Marta miała 46 lat. Iwonka była już duża, a mąż bardzo ją wspierał.

Jaka była Marta Płaska, gdybyś miała dokonać charakterystyki jej osoby?

Była instrumentariuszką z krwi i kości. Udało jej się połączyć zawód, który wykonywała, z pasją. Uwielbiała to robić i dlatego, nie było to dla niej trudne. Była to ciężka, ale piękna praca, gdzie wielokrotnie po kilkunastu godzinach operacji, gdy widziała efekty czuła satysfakcję. Porażki mobilizowały ją do jeszcze bardziej wytężonych wysiłków. Tworzyła, unowocześniała, wyprzedziła swoją epokę o wiele lat.

Zespół  dla Marty Płaskiej to świętość?

 Wyznawała kilka zasad: zespół jako jedna rodzina, wzajemne zaufanie, współpraca. Najważniejszy jest zespół, który łączy ludzi o różnych temperamentach i różnych talentach, a obowiązkiem szefa tego zespołu jest dobranie zadań każdemu z członków, aby mogli maksymalnie się rozwijać i jednocześnie, żeby ich wady dało się przekuć w zalety. Uważała, że ma wyjątkowy zespół, a ten uważał, że ma wyjątkową szefową. Pracując ze studentami i ludźmi młodymi czerpała z nich inspirację. Oceniała swoich współpracowników bardzo wysoko. Lubiła ludzi. Miała wiele pokory i empatii. Zawsze była druga. Najpierw był chory lub jej rozmówca, a dopiero potem ona. Mawiała, „…nie mów, że jesteś tylko pielęgniarką, ty jesteś właśnie pielęgniarką”.

Odchodząc na emeryturę była żegnana przez cały szpital. Nie było pracownika na Banacha, który nie znałby „oddziałowej z bloku”. Została poproszona o prowadzenie grup studenckich i przyuczanie do zawodu młodych pielęgniarek.

Marta Płaska to pielęgniarka z pasją

 Zawsze powtarzała, że nauka podstaw jest bardzo potrzebna i stanowi podwalinę medycyny klinicznej, i że zawód pielęgniarki jest to bardzo piękny zawód, bo tylko on daje tak ogromną satysfakcję. Uwielbiała pracować ze studentami i młodzieżą. Kończąc swoją przygodę z chirurgią wciąż była przekonana, że jej praca miała ogromny sens. Nie ma innego zawodu, który daje takie „poczucie pożyteczności życiowej” – mawiała.

Marta Płaska zmarła we wrześniu 2011 roku, przeżywszy 82 lata.

Marta, serdecznie dziękuję za niezwykle ciekawą opowieść, pełną interesujących wątków  z życia Marty Płaskiej. To bardzo ważne aby nie zapominać o kartach historii, o autorytetach, które miały ogromny wkład w rozwój polskiej transplantologii.

12625636_1042067205834348_1800175848_n

Marta Kotomska – od 30 lat pracuje na bloku Chirurgii Ogólnej i Transplantacyjnej Szpitala Klinicznego im. Dzieciątka Jezus w Warszawie

 

 

{ 1 komentarz… przeczytaj go poniżej albo dodaj swój }

Hanka Listopad 10, 2016 o 17:13

Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, sama dużo chorowałam w dzieciństwie i byłam dwukrotnie operowana przez prof. Leon Edward Manteuffel-Szoege w szpitalu przy Płockiej. Wtedy szpital był moim drugim domem.
Pozdrawiam serdecznie,

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: